Pomiń

Z wizytą u Uli i Piotra - Kuchnia, w której spełniają się marzenia

Rozmawiamy z Ulą pierwszego dnia września. Z tego spotkania wyniesiemy przekonanie, że marzenia się spełniają i to w najlepszym możliwym momencie.

Ula i Piotrek mieszkają w Nowej Hucie od zawsze. Miłości nie musieli szukać daleko. Po ślubie, który miał miejsce niemal 18 lat temu, Piotr przeprowadził się do rodzinnego mieszkania Uli z bloku oddalonego o 5 klatek! Obecnie dzielą je z dwójką dzieci: 14-letnim Szymonem oraz 8-letnią Hanią. Przez lata stopniowo wyremontowali łazienkę, 3 pokoje, a nawet balkon. Kuchnia zdawała się jednak ich przerastać. „Potrzebujemy kogoś od ścian, kogoś od hydrauliki, od podłogi, od gazu, od prądu… No dobra, to może za rok” – powtarzali. Wygrana metamorfoza przyszła w idealnym momencie. Podnosząc naszych bohaterów na duchu w czasie, gdy rozpoczynała się pandemia koronawirusa, a ich córeczka chorowała.

Rodzina Uli i Piotra

Ula: Pracuje w ubezpieczeniach. Ma bzika na punkcie biżuterii. Uwielbia giełdy minerałów, gdzie może szperać i wyszukiwać niepowtarzalne przedmioty. Lubi też czytać i oglądać filmy.

Piotr: Zawodowo zajmuje się logistyką. Zagorzały kibic i pasjonat piłki nożnej. Jest mentorem syna, który trenuje tę dyscyplinę sportu.

Mają dwoje dzieci: 14-letniego Szymona oraz 8-letnią Hanię. Uwielbiają wspólnie podróżować i poznawać nowe miejsca

Czy to prawda, że wiadomość o metamorfozie otrzymaliście w najlepszym możliwym momencie?

Ula: Tak, kiedy rozpoczynała się pandemia i wszyscy wylądowaliśmy w szlafrokach to nie ukrywam, że chodziłam lekko przybita. A ten telefon 6 marca bardzo, ale to bardzo poprawił mi humor. Naprawdę było mi to wtedy potrzebne!

Zgłoszenie konkursowe wypełniła pani w urodziny córki. Jak to się stało, że postanowiliście zawalczyć o metamorfozę kuchni?

Ula: Mąż przeczytał o konkursie w swojej porannej prasówce, ale powiem szczerze – jednym uchem wleciało, drugim wyleciało. Aż nadszedł taki zimny, listopadowy dzień... Musiałam dłużej zostać w pracy, a Hania miała urodziny. Zadzwoniłam do męża i powiedziałam, że podskoczę do centrum handlowego kupić jej prezent. „Pamiętaj, tam jest to stanowisko IKEA Kraków. Idź, wygraj nam nową kuchnię!” – na co ja zaczęłam się śmiać. „Dobra, dobra” – powiedziałam. Kiedy jednak dotarłam do sklepu, weszłam prosto na stanowisko IKEA Kraków. Podpytałam o kilka rzeczy, a miły pan dał mi kupon konkursowy do wypełnienia. „Co tu napisać, ta moja kuchnia taka beznadziejna” – pomyślałam. No więc napisałam prawdę, że pani Gessler mogłaby w niej przeprowadzić Kuchenne Rewolucje i na pewno by je puścili w programie historycznym!

Czy wysyłając zgłoszenie liczyłaś na wygraną?

Ula: Kiedy wrzucałam kartkę do tej wypełnionej po brzegi skrzynki, to sobie myślałam, że nie ma szans. Potem długo nic się nie działo. Chyba już był grudzień, kiedy zadzwonił telefon z zaproszeniem do kolejnego etapu. Cieszyłabym się już z samego projektu, z samej wizji na to wnętrze. Bo remont kuchni to każdy może sobie zrobić. Ale nam chodziło właśnie o metamorfozę. Żeby mieć kogoś takiego, kto by nas poprowadził. Pomógł to wszystko złożyć w całość.

Efekt jest naprawdę WOW! Przez pierwsze dni lipca, kiedy dzieci były na wakacjach, a mąż jeździł do pracy, stawałam w progu kuchni myśląc: To się naprawdę wydarzyło?!

Ula

Najwyższy czas na zmianę

Stara kuchnia Uli i Piotra była ciemnym, dość ponurym wnętrzem. Nie bez powodu nazywanym przez domowników „tramwajem”. Wzdłuż ścian, po obu stronach kuchni, ciągnęły się jasnobrązowe meble z 1979 roku. Nasi bohaterowie otrzymali je 18 lat temu od cioci, która remontowała wtedy mieszkanie. Ściany i sufit pomieszczenia o powierzchni 7,5 metrów kwadratowych pokrywała ciemnobrązowa drewniana boazeria. Wnętrze bezskutecznie próbowała oświetlić jedna lampka.

Jak powstawał projekt nowej kuchni?

Ula: Po tym jak w grudniu dowiedzieliśmy się o wygraniu metamorfozy, w styczniu odwiedziła nas przemiła para. Pokazywali nam zdjęcia, fotografowali kuchnię i bardzo dużo pytali. Wtedy już mniej więcej ukierunkowaliśmy panią architekt, co byśmy chcieli, co nam się podoba. Pierwszy projekt, który otrzymaliśmy w marcu, to w 70% już było to. Do dogadania zostały tylko szczegóły i kolorystyka.Ula: Kiedy pani architekt zaproponowała nam zielone meble, byłam pewna, że to nie moja bajka. Na szczęście z każdym pomysłem mogliśmy się przespać. Pojechaliśmy do IKEA Kraków, oglądaliśmy, przymierzaliśmy… Teraz siedzę w kuchni, gdzie są szarozielone fronty, na ścianie mam delikatną zieleń w odcieniu szałwii i bardzo dobrze się w tym wszystkim czuję.

Co szczególnie lubicie w swojej nowej kuchni?

Ula: Stoliczek i lampę. Która na początku wcale nie wzbudziła mojego zachwytu. „Gdzie taka wielka lampa, która ma z 40 albo 50 cm średnicy nad 70-centymetrowym stołem?”. Potem się okazało, że to jest wielki hit i wszystkie się wyprzedały. Już niemal płakałam, że nie będę tej lampy mieć, ale pani architekt zdjęła ją dla mnie z wystawy. Razem ze stolikiem tworzą tu po prostu klimat. To jest teraz moje ukochane miejsce.

Sami wpadliście na pomysł ze stolikiem?

Ula: Marzyliśmy, żeby można było tutaj usiąść i zjeść. Od początku mówiliśmy, że ma to być miejsce dla dwóch osób, ponieważ dzieci wracają ze szkoły o różnych porach. Wtedy jeszcze myśleliśmy, że i tak nie bardzo będą chciały z nami jeść. Ostatecznie musieliśmy dokupić dwa taborety, bo cały czas tutaj teraz z nami urzędują. Na szczęście w tej naszej nowej kuchni spokojnie się mieścimy.

Już w starej kuchni dało się zauważyć zamiłowanie do porządku. Czy teraz wreszcie wszystko ma swoje miejsce?

Ula: U mnie wszystko musi mieć swoją współrzędną i leżeć w odpowiednim miejscu. Nie potrafię wieczorem iść spać, jeśli wiem, że coś jest niepoukładane i niezrobione. Dzięki nowej kuchni nabrałam świeżego powietrza w płuca. Kiedy układałyśmy wszystko z córcią po swojemu, to czułam się niemal jak nowożeniec!

Wewnętrzne szuflady. Nie ukrywam - coś wspaniałego. Tutaj według planu była jedna, ale po jakimś czasie pojechałam i dokupiłam drugą.

Ula

Ula: Także mam te podwójne szuflady zamontowane, gdzie tylko się da! Trzymam w nich wszystkie szpargały, akcesoria do robienia ciastek, ciasteczek i innych cudów... Wszystko ma swoje miejsce. Kosz i segregacja odpadów… To też jest super sprawa! W zamykanym korytarzu na klatce mamy teraz śmietniki z IKEA na plastik, szkło, papier. A tutaj w kuchni zamontowano nam w takiej wysuwanej szufladzie dwa kosze na śmieci BIO i zmieszane. Bardzo nas to cieszy, bo staramy się panować nad segregacją. Mąż chyba nawet bardziej niż ja.

Czy teraz spędzacie więcej czasu w kuchni?

Ula: Tak, mi się tutaj teraz bardzo dobrze i siedzi, i pije kawę, i również gotuje. Dzieciaki też chętnie tu z nami przebywają. Przez pierwsze dni mąż miał takie spostrzeżenie, że fajnie się tę kuchnię sprząta. No więc mówię ze śmiechem: „Dobrze, to ja będę gotować, a ty sprzątać!”. Wszystko teraz mamy pod ręką. Wyciągamy brudne naczynia ze zlewozmywaka i wkładamy do zmywarki. Obok od razu jest śmietnik. Wszystko jest tak jak powinno być, a nie że człowiek z brudnym talerzem leciał do zmywarki przez pół kuchni (śmiech)!

A kiedy wreszcie uwierzyliście w to, że metamorfoza dojdzie do skutku?

Ula: W styczniu, po pierwszej wizycie pani architekt tak naprawdę uwierzyłam, że to jest realne, jest w zasięgu naszych możliwości. Co prawda nie wiedzieliśmy, ile jeszcze osób przeszło do kolejnego etapu… Mieliśmy jednak takie wewnętrzne przekonanie, że musimy zrobić wszystko co w naszej mocy, aby zawalczyć o tę kuchnię. Już ją wtedy widziałam oczami wyobraźni. W ten pamiętny piątek, po odebraniu telefonu o wygranej, serce biło mi jak oszalałe. Wtedy pomyślałam, że marzenia naprawdę się spełniają. I to takie najskrytsze, dla niektórych nierealne. Wróciłam do domu, wydrukowałam na kartce hasło: „Hurra, wygraliśmy!” i czekałam z nią na resztę rodziny.

Dziękujemy za rozmowę.