Pomiń

    Z wizytą u Olgi - Kreatywny minimalizm zamknięty w pudełku

    Mieszkanie Olgi i Marcina jest wizytówką minimalizmu i prostoty. Co w nim dominuje? Biała przestrzeń, meble IKEA, ale przede wszystkim pudełka, koszyczki i skrzyneczki. Bo Oldze przyświeca motto: co z oczu, to z serca.

    Wystarczy się obrócić, aby poza bielą dopełnioną czernią zwrócić uwagę na dominujący element tego domu, czyli książki. Czytają nie tylko oni, ale miłości do lektury uczą też swoje dzieciaki. Inka i Kosma mają, mogłoby się wydawać, nieograniczone pokłady energii i wyobraźni. A wyobraźnia odgrywa w tej rodzinie wielką rolę.

    Olga, Marcin, Inka i Kosma

    Kochają czytać książki i je kolekcjonować. Zawodowo wymyślają rzeczy, bo obydwoje są copywriterami w agencjach reklamowych. Ona jest temperamentna, on spokojny i analityczny. On jest jej ostoją, a ona ubarwia mu życie. Mają bardzo energiczne dzieci. Inka jest 5-latką i tak jak rodzice uwielbia książki. Kosma ma 20 miesięcy i jest nieprawdopodobnie żywotny.

    Dom pełen bieli, światła i błyskotliwości

    Olga: W mieszkaniu najważniejsza jest dla mnie przestrzeń. Pełna światła, wolna od zbyt wielu sprzętów. Biel jest po to, żeby ten efekt podbijać. Jako dziecko mieszkałam w niewielkich mieszkankach. Było ciasno i niewygodnie. Może to właśnie dlatego tak ulubiłam sobie kolor biały, który optycznie powiększa wnętrza.

    Ale dopełnia go też czerń, dużo tu elementów biało-czarnych…

    Olga: Bo bardzo lubię kontrasty. Ten czarno-biały dywan w paski, podkładki na stole… cieszy mnie ich wyrazistość. Podobnie jak kropki czy kratki - uwielbiam. Co do ciemnych ścian gdzieniegdzie, to wydaje mi się, że świetnie służą rozjaśnieniu i optycznemu powiększeniu pomieszczeń.

    Kolorystyczne romanse

    Olga: Swojego czasu uwielbiałam magentę, czyli intensywnie różowy kolor. Od znajomych z pracy dostałam stolik z IKEA w takim właśnie kolorze. Towarzyszy mi od wielu lat. Przechodził różne fazy i miał różne zastosowania, a teraz przejęła go moja córka, która zrobiła z niego komputer (śmiech). Nakleiła na nim klawisze oraz monitor i świetnie sprawdza jej się w zabawie. Czasami przyciąga go do salonu i żąda wydania obiadu właśnie na nim. Jest wielofunkcyjny… był też świetnym „pchaczem”, kiedy dzieci uczyły się chodzić, bo jest bardzo lekki i wygodny do przesuwania. Można powiedzieć, że moje maluchy stawiały przy nim pierwsze kroki.

    Porządna metoda, czyli pudełkowe szaleństwo

    Olga kocha porządek i on w mieszkaniu liczy się dla niej najbardziej. Pudełka znajdziemy tu wszędzie. Regał z książkami? Najniższa półka i tak zarezerwowana jest dla pudełek z zabawkami. Półka pod telewizor? Więcej pudełek. W szafkach kuchennych? Kolejne. Nie mówmy już nawet o pokoju dziecięcym – w szafie, na półkach, pod stołami, a pod łóżkiem przesuwane skrzynie na zabawki.

    Olga: Największą słabość mam, poza kolorem białym oczywiście, do wszelkich możliwych skrzynek i pudełek, „do przechowywania różnych różności”. Tych pojemników, rozdysponowanych w przestrzeni mieszkania albo pochowanych w szafach, mam całą masę. W zasadzie każda wolna przestrzeń jest nimi naznaczona i nie ustaję w wysiłkach, aby gromadzić wciąż nowe (śmiech). Ja naprawdę bardzo nie lubię porozrzucanych chaotycznie przedmiotów. To chyba rodzaj jakiegoś natręctwa (śmiech).

    Życie w zgodzie z zasadą minimalizmu

    Olga: Staram się ograniczać ilość posiadanych rzeczy, ale moje dzieci jeszcze nie podzielają tej filozofii. Wyrzucam lub oddaję przedmioty co jakiś czas. Co ciekawe, moja mama jest typem zbieracza różnych gadżetów typu „przydasię”. Stale poluje na nowe drobiazgi i mnie nimi obdarowuje. Toczymy o to straszne boje, ja ciągle ją strofuję… no ale faktycznie, czasem się przydają (śmiech).

    Mama pomagała Ci przy urządzaniu mieszkania…

    Olga: Tak, była moją konsultantką. Strasznie nas obie zawsze kręciło: remontowanie i urządzanie. Mama jest bardzo pomysłowa, więc podsyła mi różne rozwiązania. Skopiowałam na przykład jej autorski pomysł sprzed lat: żeby powiększyć przedpokój, zarządziła wyburzenie w nim ściany i zastąpienie jej dwustronną szafą, która z jednej strony stała się biblioteczką, a z drugiej szafą na buty, okrycia wierzchnie i tysiące dodatków. Ja zrobiłam tak samo… sprawdza się znakomicie, choć już powoli brakuje jej półek.

    IKEA jest cudownym rozwiązaniem dla młodych małżeństw, którzy chcą urządzić swoje pierwsze, wspólne mieszkanie. Takie własne. Dlatego z jej oferty korzystamy pełnymi garściami.

    Tak samo jak z Twoją mamą i z Tobą, tak jest teraz z Tobą i z Twoją córką?

    Olga: Z okazji Waszej wizyty te pomieszczenia zostały „udrożnione”, bo w kwestii aranżacji przestrzeni, moja córka ma zupełnie inne pomysły. Z upodobaniem buduje legowiska w całym mieszkaniu, czasami też w nich sypia! (śmiech). Ewidentnie, inspiruje się wędrownym taborem. Ma być przytulnie, kolorowo i z mnóstwem pluszaków.

    I jak tu zachować porządek?

    Olga: Staram się przede wszystkim ogarniać wszystko na bieżąco, nawet w trakcie ich zabawy, co jest oczywiście zupełnie bezsensowne (śmiech). Mąż stale doradza, żeby dać spokój. W ramach kompromisu ustawiłam pojemniki na zabawki w tam, gdzie występuje ich największe nagromadzenie, tak żeby trzema ruchami usunąć je sobie sprzed oczu.

    Skarbiec dziecięcej wyobraźni

    Do pokoju Inki możemy wejść jedynie po wpisaniu kodu. To nie jedyny element kreatywnej rzeczywistości dziewczynki. Inka zaprasza nas do swojej własnoręcznie stworzonej klawiatury, poza zabawkami ukrytymi w skrzyniach, tak jak najbardziej lubi Olga, tu też widzimy regał pełen książek.

    Olga: Odkąd Inka zrozumiała do czego służą kredki, ściany zaczęły się pokrywać esami floresami. Wiadomo było, że z roku na rok będzie gorzej. Przyznam się, że pokój dziecka był dla nas wyzwaniem i jest dziełem projektantki. To ona namówiła nas do stworzenie przestrzeni, w której dzieci będą mogły dawać upust radosnej twórczości, a mimo to, będzie go łatwo przywrócić do porządku, co jak już wiecie (czy jest na sali psychiatra??), jest dla mnie bardzo ważne (śmiech).

    Pokój dziecięcy

    W pokoju Inki znajdziemy wiele rozwiązań z IKEA. Rozkładany fotel z zamysłem nocowania gości. Szuflady na kółkach pomagające utrzymać porządek. Pierwsze samodzielne łóżeczko Inki, a pod nim skrzynie z zabawkami. Trzydrzwiowa szafa z zawartością, której możemy się domyślić (kolejne pudełka). I jej osobistą, zabawkową kuchnię. 

    Życie toczy się w salonie

    Olga: Salon to nasza wspólna przestrzeń, zdecydowanie. Kuchnia otwarta na salon to też patent podpatrzony u mojej mamy. Próbujemy przenieść życie do pokoju dzieci, bo Kosma niedługo przeprowadzi się do Inki, ale niestety! (śmiech) oboje uparcie wracają do salonu i to tutaj spędzamy najwięcej czasu wspólnie. Dzieci najczęściej łobuzują, a my próbujemy je poskromić. Poza tym dużo czytamy, rozmawiamy, składamy układanki.

    Bardzo dużo czasu spędzam kuchni, ale no cóż, gotowanie nie jest moją największą pasją. Gdybym miała wybór pomiędzy gotowaniem a czytaniem, to zdecydowanie wybrałabym to drugie.

    Dom pełen książek

    Olga: W naszym „poprzednim życiu”, zanim zostaliśmy rodzicami, czytaliśmy bardzo dużo. Na razie czekamy na moment, kiedy będziemy mogli do lektury wrócić. Teraz staramy się kupować mniej książek papierowych na rzecz nośników elektronicznych, bo naprawdę nie mamy już miejsca na nowe tomy. Jest ich mnóstwo, nie tylko tutaj, ale też w naszych domach rodzinnych. I tak, dzieciakom staramy się zaszczepić miłość do literatury, na tyle, na ile się da. Póki co, że synek wytrzymuje dwa, trzy zdania, za to z córką codziennie czytamy do poduszki.

    Osobisty kącik czytelniczy

    Olga: Marzyłam o dużym, wygodnym fotelu, ale zrozumiałam, że nie bardzo jest tu na niego przestrzeń. Za to bardzo lubię tę kanapę. Mąż czyta w sypialni. U Inki czytanie łączy się z wieczornym obrządkiem, więc najczęściej czytamy w jej łóżku. Każdy potrzebuje swojej strefy, a tutaj nie jest to takie proste. Dlatego, kiedy synek powędruje do pokoju siostry z sypialni zrobimy też gabinet. Zwodzony stolik z IKEA, posłuży wtedy jako nasze miejsce do pracy.

    Po wejściu do mieszkania, do każdego pokoju zapraszają plakaty na ścianach, które jako pierwsze rzucają się w oczy. Mają nazwy różnych miejsc w Polsce, ale to właśnie mieszkanie na warszawskich, zielonych Bielanach stało się kotwicą Olgi i Marcina. Wcześniej zwiedzali różne miejsca Polski, po to, by ostatecznie osiąść tutaj. I założyć rodzinę.

    Olga: Lokalizacja naszego mieszkania jest dla nas bardzo ważna! Przed 10 laty, kiedy przeprowadziliśmy się do Warszawy, wynajęliśmy mieszkanie właśnie w tym budynku, dwie klatki dalej. I uwielbialiśmy je. Dlatego, kiedy zdecydowaliśmy się na zakup mieszkania, wybór lokalu w tym bloku był czymś oczywistym. Wymagało ono generalnego remontu, ale w ogóle nas to nie zraziło.

    Czym jest dla Ciebie dom?

    Olga: Bezpieczną przystanią. I to mieszkanie i cała dzielnica Stare Bielany. Jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało, to jest to MOJE miejsce na ziemi. Czuję się tu bezpiecznie, odzyskuję energię i humor. Ilekroć wynurzam się z tutejszej stacji metra, jest mi lepiej. Z kreatywnej pracy chętnie wracam do przestrzeni, która koi mi zmysły. Mój mąż ma tak samo. Wymagające i stresujące zawody, które uprawiamy, konieczność tworzenia w napiętych ramach czasowych wymaga przestrzeni do odreagowania, patrzenia „w dal, na zielone” i przywracania work-life balance.

    Dziękujemy za rozmowę.